Podróżniczo

Filipiński sen

Na wstępie chciałabym jedynie poinformować, że podróż ta odbyła się 5 lat temu, w czasach gdy o podróżach niewiele wiedziałam a zdjęcia robiłam przysłowiowym „słoikiem”;)

O Filipinach nie miałam żadnego pojęcia, nawet nie wiedziałam, gdzie leżą. Pierwszy raz usłyszałam o nich przy okazji przedmiotu „Social forestry” prowadzonego przez Filipinkę (z którą później zostaliśmy dobrymi znajomymi:)). Najbardziej zapamiętałam jej pytanie: czy ktoś był na Filipinach? Pomyślałam sobie, taaa, jasne- wszyscy. A w ogóle co za różnica? Sens jej pytania zrozumiałam dopiero na koniec wizyty w tym kraju, kiedy okazało się, jak trudno jest uczyć ludzi o czymś o czym nie mają pojęcia i nie mają prawa go mieć, bo żyją w innym świecie niż my sami.

Podróż

Do Manili polecieliśmy z Szanghaju przez Pekin liniami AirChina. Pierwsze wrażenia jako osoby nieprzepadającej za lataniem straszne: lot nocny między wielkimi chumrami burzowymi. Przebiegł jednak sprawnie i wylądowaliśmy na Filipinach. Mieliśmy wiele szczęścia, że odebrała nas znajoma, która się nami zajęła. Pojechaliśmy więc do naszego pokoju gościnnego taksówką, która jest chyba najlepszą formą transportu w Manili, choć czasem trudno namówić kierowcę, żeby nas zabrał. Czasem usłyszymy: nie, bo są korki.:)
Wracając do przyjazdu, po zameldowaniu w pokoju, koleżanka uraczyła nas suszonym mango. Chyba najlepsza rzecz którą jadłam podczas podróży i wielka szkoda, że suszonych mango (z wyspy CEBU) tej firmy nie można nigdzie dostać.

Manila

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwsze wrażenia z Manili to Centrum Handlowe, gdzie umówiliśmy się ze znajomymi. Przed wejściem do Galerii, ochrona zrewidowała nam torby i sprawdziła nas wykrywaczem metali. Centrum Handlowe jak typowe centrum handlowe… wszędzie są takie same. Najważniejsza jednak była restauracja „Banana Leaf” czyli liść bananowca, gdzie zjedliśmy obiad. Zamiast talerzy podaje się tam jedzenie na liściu bananowca.Tam odkryliśmy również, że na Filipinach w restauracjach używa się jedynie widelca i łyżki. To dziedzictwo hiszpańskie, gdy kolonizatorzy zabronili używania i posiadania noży, w obawie przed atakami. Uwieńczeniem posiłku był sok ze świeżego kokosa w formie obranego kokosa i słomki weń wbitego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Odwiedziliśmy również „Tiendecitas” (teraz znając już hiszpański dopiero dostrzegam jak wiele śladów językowych zostało po Hiszpanach), czyli rynek z rękodziełem. Polecam tam zajrzeć każdemu. Za niską cenę można kupić wspaniałe rzeczy. No i należy się targować. Typowymi pamiątkami z Filpin są perły i korale, jednak trzeba mieć się na baczności, by były oryginalne.
Dzięki koleżance która pracowała w hiszpańskiej ambasadzie mieszkaliśmy w dzielnicy „Makati”- jednej z najbogatszych w Manili. Jednak i tam, w naszym wieżowcu, na każdym kroku witały nas uśmiechnięte i machające czułkami karaluchy.
Obowiązkowo należy też zwiedzić „Intramuros” czyli starą pohiszpańską część miasta. Nam wypadło zwiedzać ją w niewyobrażalnym upale i pełnym słońcu. Również zaczęliśmy zauważać te mniej sympatyczne strony Filipińskiej stolicy. Na każdym kroku ktoś chciał nas oprowadzać lub podwieźć czy to motorem z przyczepianym siedziskiem dla pasażera czy to bryczką. Bryczki były straszne. Jeśli myślicie, że konie pełzające nad Morskie Oko mają źle… to te filipińskie mają prawdziwe piekło za życia. Mogłyby śmiało odgrywać rolę rumaków śmierci- chude, liniejące, brudne i głodne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Również zawsze pojawi się ktoś kto chce coś nam sprzedać: chusteczki do nosa, wodę, a jak tylko zacznie padać pojawiają się stadami sprzedawcy parasoli.
No i nie zapominajmy o żebrzących dzieciach. To jest stały problem na Filipinach. Podobno w tym kraju miłość przychodzi łatwiej, więc dzieci jest dużo, a kraj jest biedny. Dzieci zamiast siedzieć w szkole wolą wyjść wyżebrać coś. A spróbuj nie dać! Może się zdarzyć, że Cię oplują… zwymyślają na pewno. Koleżanka która spędziła tam rok, mówiła, że najlepszy skutek przynosiły pytania o szkołę. Mówiło się: A czemu ty nie jesteś w szkole? Powinieneś się uczyć? I dziecko przeważnie dawało za wygraną.
Ale wracając do Intramuros- jest tam stary Fort Santiago. W okolicy ruin cały czas puszczano melodię przez głośniki. Nawet nie była zła, jednak zapętlona na wieczność. I tak sami, w gorącu, z dziwną ścieżką dźwiękową zwiedzaliśmy fort. Nastrój był taki, że brakowało mi tylko dam w długich sukniach  jak z telenoweli meksykańskich czy innych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Chyba nie zwiedziliśmy dużo więcej w Manili. Zrobiliśmy którejś nocy wypad, żeby zobaczyć nocne życie. Pełne dziwnych zjawisk. Filipińczycy lubią śpiewać i robią to dobrze, więc głośna muzyka rozbrzmiewała z wielu barów. Widzieliśmy też restauracje z sieci turystyki seksualnej. Były też i dzieci śpiące na ulicach na kartonach albo obok bawiących się rodziców odrabiające lekcje na chodniku.

Wulkan Taal

Niedaleko Manili leży wulkan Taal. Jest on specyficzny ponieważ jest to wulkan leżący na jeziorze a w kraterze ma kolejne jezioro.  Poinstruowani jak tam dotrzeć wybraliśmy się złapać autobus.Nie było łatwo. „Skąd odjeżdża autobus tam i tam?” „stamtąd” Tam z kolei odsyłali nas z powrotem. I tak w kółko. Mam wrażenie że wsiedliśmy w zupełnie przypadkowy autobus, który po przesiadce dowiózł nas na środek prawie niczego. Tam musieliśmy utargować się o przewóz. Umówiliśmy się z kierowcą motocykla, że na nas poczeka. Zdarza się czasem, że jeśli się nie umówisz, mogą nie poczekać. A nowego kierowcy albo nie będzie, albo będzie kosztował znacznie więcej. W końcu! Udało nam się dojechać na skraj jeziora. Tam kolejne targowania u jednych i u drugich i u trzecich o przewóz bangką (tradycyjną filipińską łodzią) na wulkan. Kiedy ostatecznie umówiliśmy się, wypłynęliśmy, niebo zasnuło się mało sympatyczną chumrą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To był jeden z tych dni, kiedy ma się więcej szczęścia jak rozumu, zwłaszcza jeśli tuż przed Twoją łodzią uderza w tafle jeziora piorun, a groźne pomruki burzy wiszą w powietrzu. Na dodatek poinformowano nas, że wstęp na lepszą stronę wulkanu jest zamknięty z racji możliwości wybuchu…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No nic, jakoś dobrnęliśmy do brzegu iiii…po raz kolejny targowanie- że musimy koniecznie pojechać konno. Koleżanka już nas o tym uprzedziła, że to dosłownie 20 minut marszu i nie ma po co brać koni i płacić. Więc zdecydowanie odmówiliśmy. Za karę nasz pzrewodnik narzucił nam tempo iście sprinterskie, a gdy ostatecznie dobrnęliśmy do krateru śmiejąc się pytał „How was the walk Madam?”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Wszyscy obcokrajowcy tak w ogóle to „Sir” lub „Madam” lub „Maaam”. Trzeba się przyzwyczaić.
W drodze powrotnej rozpadało się na dobre.

DSC_0074

Po jeździe w przyczepce motoru byliśmy mokrzy. Najgorsze jednak dopiero miało nadjeść- autobus powrotny. Filipińczycy żyją w gorącym kraju. „AirCon” czyli chłodzenie to norma… nie mogę jednak zrozumieć dlaczego przy temperaturze prawie 30 stopni na dworzu, chłodzenie jest na poziomie 18? Zmarźliśmy.  Droga w korku trwała dobry kawał czasu. Przy wtórze filipińskiej telewizji, pełej reklam szamponów do włosów. Pierwszy raz się cieszyłam, że na zewnątrz naprawdę jest bardzo gorąco.

Rajska wyspa Coron

Filipiny to kraj wyspiarski. Każda z wysp ma co innego do zaoferowania. Nasz wybór padł na Coron. Dolecieliśmy tam nie za dużym samolocikiem w godzinę i widok z okna pierwszy raz naprawdę mi się spodobał. Krystalicznie czysta woda, małe wysepki z żółtym piaskiem…To jest to!

DSC_0114
Spaliśmy w hotelu „Kokos nuss” założonym przez Niemców. Całkiem przywoite miejsce. Niestety rozczarowanie dnia nadeszło gdy zapytaliśmy się jak dojść na plażę. „Jaką plażę? Tu nie ma plaży.” Usłyszeliśmy. Okazało się, że główna wyspa jako taka nie ma plaż, a na wszystkie piękne atrakcje trzeba dopłynąć… oczywiście wytargowaną bangką. Zagryźliśmy zęby i ruszyliśmy do miasteczka by znaleźć łódź. Okazuje się, że nie tylko za łódź trzeba zapłacić. Wstęp na każdy z punktów, a jest chyba łącznie sześć również kosztuje.
Koniec końców zdecydowaliśmy się popłynąć na plażę i po prostu odpocząć.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Miejsce jak z widokówki. Pięknie. Nawet udało nam się zobaczyć ogromnego jaszczura.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Coron6
Po odpoczynku, wróciliśmy do miasteczka. Przeszliśmy przez tamtejszy targ mięsny. Śmierdział makabrycznie. Surowe mięso i ryby porozkładane na kamiennych ławach w upale i na słońcu, pełne much i innych latających owadów. Nie polecam. Z dala od rynku zjedliśmy coś z grila. Nie wiem co to było, nie chcę wiedzieć. Ważne że pozwoliło nam zabić głód.
Następnego dnia, spotkał nas przypadkiem pewien mężczyzna, który polecił nam prywatną bangkę. Zapłaciliśmy połowę ceny z dnia porzedniego. Tym razem odwiedziliśmy rafę koralową, jezioro „Barakudy”- powulkaniczne z niesamowicie wręcz przejrzystą wodą, ukrytą lagunę „Wiatrów”, „6 wysepek” oraz wrak japońskiego okrętu. Przy wraku, jeśli ma się coś do jedzenia można podzielić się z ławicami kolorowych rybek, które śmiało się poocierają o człowieka. Cena za taką wycieczkę według ulotki jednego z tamtejszych biór to 650 peset filipińskich (2010 rok).

Coron4

Coron3

Coron2

Coron5

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Coron

I tak w zasadzie zakończyła się nasza szybka wizyta na Filipinach. Na lotnisku odlatując trzeba jeszcze zapłacić podatek za pobyt.
Wyjeżdżałam z mieszanymi uczuciami. To jest zupełnie inny świat. Jak można mówić Filipińczykom o  energiach odnawialnych kiedy na ulicy żebrzą dzieci, a większość mieszkańców żyje w ubóstwie? Z drugiej strony kilometry martwych raf koralowych, pływające wszędzie śmieci są przytłaczające. Nie potrafię jednoznacznie powiedzieć czy wyjazd był udany czy też nie. Nie jestem też pewna czy chciałabym tam wrócić, chociaż wiem, że jest jeszcze wiele do zwiedzenia -na przykład czekoladowe wzgórza, albo obfotografowanie Jeepneyów (typu charakterystycznej komunikacji). Nie wiem też w jaki sposób można tam coś zmienić albo pomóc. Niby turystyka daje szansę na rozwój, jednak ma to swoją cenę. Zdecydowanie Filipiny to kraj z ciężką przeszłością, bo ani za Hiszpanów ani za Amerykanów nie było nigdy do końca dobrze. W efekcie wiele cech typowo filipińskich jest teraz zhiszpańszczonych lub zamerykanizowanych, wliczając język. Dodatkowo niefortunne położenie geograficzne, bo ten „Raj na Ziemi” niesustannie żyje w cieniu trzęsień, powodzi, tsunami i tajfunów.
Filipiny pozostają dla mnie zagadką. Może w przyszłości jeszcze tam pojadę i spróbujemy się polubić jeszcze raz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DSC_0186

A tu taki bonus dla wytrwałych: Wyspa na sprzedaż. Obcokrajowcy nie mogą jednak kupować tam ziemi…
DSC_0211

Reklamy

6 thoughts on “Filipiński sen

    1. Malymi kroczkami i mozna latac i na dluzsze trasy:) Ja mialam terapie szokowa… balam sie bardzo, a lot do Chin 12 godzin. Nie przespalam ani jednej minuty. Za to odkrylam ze oferowane na pokladzie wino to dobry sposob, zeby mniej sie przejmowac czy juz spadamy czy spadniemy za chwile.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s