Podróżniczo

Na Czarnym Lądzie- Maroko w dwóch podejściach

Od razu z grubej rury: chiałabym ostrzec osoby co bardziej wrażliwe, ponieważ po dłuższych przemyśleniach postanowiłam opisać i pokazać także tą brzydszą stronę odwiedzonego przeze mnie Maroka, kilka zdjęć może być nieodpowiednie dla niektórych osób, dlatego UPRZEDZAM, że ostatnia część wpisu: własne ryzyko. Jeśli nie macie chęci kontynuować, szanuję Waszą decyzję.

2012- Marakesz i Dolina d’Ourica- Totalna porażka

 Do Marrakeszu pierwszy raz poleciałam z rodziną mojego wtedy jeszcze przyszłego męża. Wylot z Madrytu rankiem, można było podziwiać wschód słońca:)

_DSC6744Madryt

 Po wyjściu z lotniska pierwsze chwile szoku, na ulicach pełno motorynek, ruch bardziej niż chaotyczny. Spaliśmy w bardzo ładnym Riadzie, ale wtedy nie wiedziałam, że oznacza to mieszkanie w samym centrum Medyny (starego miasta), ciasnego, głośnego, brudnego i pełnego ludzi. Riad (czyli mały hotelik urządzony w stylu starego domostwa) był naprawdę imponujący. Nazywał się Wiam i zdecydowanie był najlepszym miejscem w którym spałam w Maroku. Pięknie podtrzymywał romantyczne wyobrażenie o tym kraju.

_DSC6761Riad Wiam

Po powitalnej herbacie (każda w Maroku była dla mnie za słodka) ruszyliśmy na zwiedzanie. Niemal tuż za rogiem plac- Dżemaa-el-Fna. Najsłynniejszy plac Maroka. To tu można usłyszeć najprawdziwsze opowieści opowiadane prze gawędziarzy, spróbować tradycyjnego jedzenia czy powróżyć sobie. To wszystko w teorii… w praktyce gawędziarzy nie zrozumiemy, z każdej strony przykleja się do nas ktoś z wężami albo sadzający na Ciebie małpę i chcący za to jakieś pieniądze. Henna została nam odradzona już w Riadzie, bo nie myją igieł i barwniki często uczulają. Odradzono nam też soki, bo dodają do nich wodę z kranu, której w Maroku nie można pić (no chyba, że chce się mieć kilka dni z głowy przeżywając Klątwę Faraonów…) Dodatkowo pełno jest ludzi, którzy mają bardzo zredukowane pojęcie przestrzeni osobistej, więc cały czas ktoś lub coś się o nas ociera.

_DSC7486

_DSC6823

_DSC6848

Z Placu łatwo trafia się do suków, czyli targowisk. Suk w Marrakeszu jest jednym z ciekawszych. Jest duży, pełen pięknych rzeczy i ma w sobie niepowtarzalną atmosferę. Jeśli uniewrażliwimy się na ciągłe zaczepianie sprzedawców i obowiązkowe targowanie się, oraz tłum odwiedzających, to suk w Marrakeszu jest obowiązkowym punktem wizyty.

_DSC6806

_DSC6795

Kolejnego dnia wraz z przewodnikiem zorganizowanym w Riadzie ruszyliśmy zwiedzać zabytki. Wszystko mniej więcej w okolicy starego miasta, więc towarzyszyły nam tłumy, motory oraz osły. Żelazne punkty wizyty to Medresa Ben Jusufa, Grobowce Sadytów i Pałac de la Bahia. Nie mam wiele zdjęć z poszczególnych atrakcji. Wydały mi się one wtedy jakieś takie egozytczne i niewiele wyniosłam z ich zwiedzania.

_DSC6916

_DSC6936

_DSC6945

Po obiedzie za to wybraliśmy się do ogrodu Majorelle. Jak zwykle w tłumach ludzi odbyliśmy krótki spacer. Akurat tam mi się bardziej podobało.

_DSC7091

_DSC7083

Na zakończenie intensywnego dnia wybraliśmy się do tak zwanego „Parku Palmowego”, który dla mnie, Polki nie przywyczajonej do widoku palm, miał być nie lada atrakcją. No tak… kiedyś był palmowy…Nie wiem jak jest teraz, ale w 2012 roku drzewa były bardzo chore i większość znich była jedynie pniem palmy wystającym z pustkowia. Znalazła się za to inna atrakcja w formie pzejażdzki na wielbłądzie.

_DSC7269

Wieczorem znów wypad na Dżemma-el Fnaa. Z kolejnymi ostrzeżeniami, że o drogę i inne lepiej pytać kobiety albo mężczyżn z rodziną, bo w innym przypadku na pewno nas na coś naciągną.

_DSC7127

Następnego dnia mieliśmy zaplanowaną wycieczkę w Góry Atlasu. Szkoda, że nikt mnie nie uprzedził, że będziemy mieli taki wypad… wzięłabym coś cieplejszego i stosowniejszego niż trampki i materiałowy płaszcz, które w górach i deszczu nie były zdatne do niczego, a zwłaszcza podczas wspinaczki, którą musiałam przerwać, przez co spowodowałam małe zamieszanie. Jednak między kompromitacją przez poślizngnięcia się na kamieniach w strumieniu i ewentualnymi urazami a poczekaniem na resztę grupy wybrałam tą drugą opcję, nawet gdy znaczyło to odstanie półtorej godziny w deszczu.

_DSC7307

Zanim dojechaliśmy w wyższe góry, pokazano nam „typowy” dom berberyjski i manufakturę arganu. Wszystko pachniało na kilometr tandetną aranżacją, ale na upartego jakoś to przełknęliśmy. Na końcowy punkt wycieczki czyli typowe targowisko wiejskie nie zdążyliśmy. To co zastaliśmy to wielki plac błota i brudu.

_DSC7297Panie pracujace przy Arganie

_DSC7323Ostatniego dnia został nam czas na zakup pamiątek. I na wielką rewolucję żołądkową całej rodziny.

_DSC7201

_DSC7161

Maroko pokonało nas skutecznie po powrocie do Hiszpanii i uziemiło na pozostałe dni urlopu. Jakby nie było mało, że miejsca w których jedliśmy były co najmniej marne- żadnego wyboru- no może między Tajine i Kuskus. Trafiły nam się restauracje niesmaczne i niewarte polecania. Podobnie było z serwowaną nam słynną herbatą- brudne szklanki, szybko i bez tej całej mityczynej toczki. Jedynym wyjątkiem były śniadania w Riadzie. Choć na słodko, to były smaczne (najlepsze palcko- naleśniki jakie jadłam i przepyszny sok z truskawek i pomarańczy). Wszystko to powodowało uśmiech konsternacji na twarzy gdy znajomi Marokańczycy pytali się jak nam się podobał ich kraj i super smaczna kuchnia. Marrakesz odbił nam się czkawką i wielkim odczarowaniem romantycznego mitu o Maroku. Postawnowiłam nie wracać tam, no chyba, że będę mogła pojechać na Saharę.

2015- Tanger, Assila i Szewszawan

Ale do Maroka wypadło powrócić szybciej niż przypuszczałam. Wszystko to za sprawą zagmatwanej hisotrii Hiszpanii i związanej z nią zawieruch rodzinnych.

Ciocia P. to jedna z niewielu leciwych (ma już 87 lat!) hiszpańskich mieszkanek Tangeru, która po przepracowaniu całego życia w Maroku, nie wróciła do Hiszpanii. Już dawno obiecaliśmy jej odwiedziny, najwyższy był więc czas z obietnicy się wywiązać.

I tu w ramach ciekawostki, po raz pierwszy przyznałam się oficjalnie wypełniając druczki na granicy, że jestem fotografem. Celnik obejrzał mnie od gróy do dołu. I spytał: dziennikarka? Nie, śluby i takie tam. Odparłam. Zapisał coś i po ostatnim kontrolnym spojrzeniu przepuścił przez granicę. Podobna historia miała miejsce przy wyjeździe. Także uważajcie dziennikarze wybierający się do Maroka.

Po przyjeździe do Tangeru, spotkaliśmy się z P., na obiedzie. Ja nieufna, uprzedzona. Na szczęście P. zaprowadziła nas do znanej jej restauracji. Pierwszy szok i niedowierzanie: jedzenie było przepyszne! Z P. spędziliśmy niemal całe popołudnie, więc na zwiedzanie nie było czasu. Jedynie szybki spacer na plażę i znajome już uczucie wielkie natłoku ludzi, brudu i obcości kulturowej.

_EWA6179

_DSC0211Widok na medynę w Tangerze

_EWA7360 _EWA7358

Następnego dnia czekała na nas niespodzianka. P. zorganizowała nam wycieczkę ze swoją znajomą. Zineb zabrała nas wszystkich samochodem do Assila- uroczej wioski na wybrzeżu, jednego z letnich celów wypoczynkowych całego Maroka ale też i wielu artystów z całego świata. Ponieważ pojechaliśmy w sezonie wiosennym, ale przed Wielkanocą, zastaliśmy miasteczko puste. W końcu! Bez ludzi, bez nagabywaczy. Można było spokojnie się przejść pięknymi białymi uliczkami. Latem odbywa się tam wiele festiwali artystycznych, między innymi konkurs malowania ścian. Mogliśmy jeszcze zobaczyć kilka zeszłorocznych prac.

W sezonie podbno ciężko tam się poruszać od tłumów turystów.

_DSC0441

_EWA6273

_EWA6259

_EWA6340

_EWA6352

_EWA6304

_DSC0356

_DSC0353

_DSC0352

Po obiedzie Zineb obwiozła nas po punktach widokowych Tangeru. Pokazała szczelnie ogrodzoną rezydencję króla, ogromną jeszcze szczelniej ogrodzoną rezydencję szejków oraz kilka pomniejszych rezydencji. Niestety do Grot Herkulesa i na główny punkt widokowy nie udało nam się dostać, ponieważ były w renowacji przed nadchodzącą Wielkanocą (kiedy to radosne tłumy Hiszpanów zapełniaja wszystkie wolne kąty). Na sam koniec Zineb oprowadziła nas po Medinie Tangerskiej. Nie zrobiła ona na mnie takiego wrażenia jak ta w Marrakeszu, choć jest bardzo pokręcona i bardzo często ma się wrażenie, że się wchodzi w czyjś dom.

Następnego dnia pożegnaliśmy nasz hotelik i ruszyliśmy na dworzec autobusowy by dotrzeć do Szafszawan. Po raz kolejny w tym kraju daliśmy się złapać na nagabywaczy, nawet powtarzanie „Inszalah” (jak Bóg zechce, tak, nie, być może….) nie pomogło i przepłaciliśmy za obniżony standard podróży. Nic to. Po trzech godzinach podróży wylądowaliśmy w Szawszawan- mitycznym niebieskiem miasteczku. Kupiliśmy „Suite” w hotelu, bo akurat była promocja i za pół ceny dostaliśmy pokój o najwyższym (jak na Maroko) standardzie. Świetnie ulokowany, od razu przy wyjściu z dworca autobusowego. Szybko dowiedzieliśmy się, dlaczego była taka obniżka. Otóż przed Wielkanocą, kończono instalowanie windy w 6 piętrowym hotelu. Niczym nie ogrodzone ani nie zabezpieczone roboty przy szybie windy i młoty pneumatyczne…. to była cena za 50% obniżkę naszego „suite”.

O Szewszawan słyszałam wczesniej trzy rzeczy: że jest malutkie, piękne i że pali się tam marichuanę. Nie okazało się malutkie. P., która była tam jakieś 50 lat temu, ma wspomnienia z tamtego okresu. Obecnie niebieska medyna jest obudowywana agresywnymi budynkami i miasteczko staje się coraz bardziej rozwlekłe.

Medyna jest piękna. Wszędzie jest niebiesko, uliczki są przyjemne i fajnie jest się tam zgubić. Nawet sprzedawcy (poza jednym wyjądkiem- Abdula od dywanów) nie narzucali się. Jedzenie było smaczne (znowu! Mieliśmy chyba wielkiego pecha w tym Marrakeszu) i tanie. Jedynym mankamentem byli zirytowani mieszkańcy, którzy pokrzykiwali za robienie zdjęć, nawet gdy nie fotografowaliśmy ich. Chyba tak na zaś.

_EWA6525

_EWA6567

_EWA6577_ps

_EWA6602

_EWA6604

_EWA6620

_EWA6617

_EWA6659

_EWA6700

Co jakiś czas nawija się ktoś pytając „Chocolate?” (dosłownie: czekolada). Czekolada to haszysz. Spytałam się właściciela hotelu czy to jest legalne. Powiedział, że tak. Że wszyscy palą, nawet policja jak zajedzie, bo w Chauen (wersja hiszpańska nazwy miasta) nie ma nawet policji. Później trafia się ktoś pytający czy chcemy zobaczyć uprawy marichuany, albo że mają promocję i sprzedają za połowę ceny tego co w Madrycie.

Nie, nie paliliśmy. Wszyscy sprzedawcy patrzyli przez to na nas nieco podjerzliwie.

W Szewszawan spędziliśmy trzy dni. To zdecydowanie za długo jeśli zwiedzasz intensywnie, ale my tym razem postanowiliśmy pozwiedzać leniwie. Wdrapaliśmy się na dwa zachody słońca na widokowe wzgórze z meczetem hiszpańskim, posnuliśmy się po uliczkach i pospacerowalismy po mieście.

_EWA6703

_EWA6699

_EWA6696

_EWA6641

_EWA6640_ps

_EWA6630_ps

_EWA6628_ps

_EWA6623_ps

_EWA6605

_EWA6606

_EWA6719_ps

_EWA6741_2

_EWA6770_ps

_EWA6778

_EWA6782Ubrana choinka na placu:)

_EWA6795

_EWA6807_ps

_EWA6837_ps

_EWA6838_ps

_EWA6839_ps

_EWA6909_ps

_EWA6852

_EWA6847

_EWA7020_ps

_EWA7031_ps

_EWA7056_ps

_EWA7014_ps

Po powrocie do Tangeru na naszą ostatnią noc, mieliśmy jeszcze chwilę na małe zakupy i krótki spacer.

A teraz ta ciemniejsza strona, o której wspominałam na wstępie. Jeśli nie chcesz tego czytać masz jeszcze szansę.

Higiena, czystość i jedzenie

Higiena w Maroku jest w dość złym stanie. Wspominałam już o wodzie, której nie powino się pić, a nawet powinniśmy unikać mycia w niej zębów. Zaraz za wodą idą soki oraz herbata, która często jest podawana z wody niedogotwanej.

Z łazienkami może być ciężko. W restauracjach czasami nawet nie ma. Te dworcowe, straszą zapachem i czystością.

Ulice są brudne, nawet jeśli są sprzątnięte. Do południa i w nocy spokojnie znajdziemy na ulicach resztki jedzenia oraz różne ekskrementy. To nie jest widok, który cieszy, gdy idziesz jedną z głównych ulic Tangeru.

_EWA7351Srodek dnia, jedna z glownych ulic Tangeru.

Na dodatek tego wszystkiego pełno jest też zdziczałych kotów. Jedne są całkiem dobrze odkarmione, ale są też i takie, które zdychają na środku trawnika w medynie.

W zależności od miejsca, również targowiska mają swój urok. To w Tangerze było w przyzwoitym stanie, mięso nawet nie śmierdziało, choć to po czym się chodziło, lepiej było pozostawić bez komentarza. Podobnie z targiem rybnym.

_DSC0624

_DSC0625

_DSC0626

W samym Tangerze sporo jest niszczejącyh budynków z czasów Hiszpanów i Amerykanów. Wiele jest też placów budowy.

_EWA7357

_EWA7356

_EWA7355

_EWA7354

_EWA7352

Największym szokiem jednak (nawet dla Prywatnego Hiszpana) był widok kilkunastoletnich dzieci wieczorami wąchających klej w parku. Bardzo smutny widok.

A z punktu widzenia kulturowego… bary i kawiarnie tylko dla panów…

_DSC0456

_DSC0453

Dlaczego o tym napisałam i pokazałam? Bo pomijanie tej twarzy Maroka wydaje mi się niesprawiedliwe. Jest wiele rzeczy, które są piękne, ale jest też wiele które piękne nie są. Dlatego większość osób, które odwiedziły Maroko i wyjrzały poza hotel ma trudność z definitywną odpowiedzią na pytanie: czy podoba Ci się Maroko?

I tak i nie. Obecnie Maroko się rozwija, przechodzi reformy, jednak jeszcze długa droga przed nimi. Nie wiem jak jest na południu kraju ani na zachodzie. Może inne miasta mają inny klimat są bardziej zadbane, tego nie wiem. Trzymam jednak kciuki za Maroko i za to, żeby w najbliższym czasie, można było zobaczyć wyniki tej ciężkiej pracy którą teraz wykonują. Zineb opowiadała nam, ze teraz buduje się już w nowym stylu, że mieszkania mają łazienki, że kupuje się „europejskie” meble. Czy to dobrze czy źle? Nie wiem.

Druga wizyta w Maroku, choć lepsza, znów pozostawiła słodko-gorzki smak. Mimo wszystko nadal nie mam chęci na powrót do Maroka. No może po to, żeby zobaczyć Saharę….

_EWA6238

Reklamy

5 thoughts on “Na Czarnym Lądzie- Maroko w dwóch podejściach

  1. Byłam tylko na weekend w Marakeszu, i piłam sok na bazarze i mnóstwo herbaty i chyba miałam szczęście bo nic namsię nie przytrafiło. W góry atlas tez poszliśmy i te domy Berberów też widzieliśmy

    1. 🙂
      Ciesze sie, ze nie bylo przygod. My mielismy pecha najwidoczniej, bo bardzo wiele osob mowi, ze wszystko bylo w porzadku.
      Zycze udanego powrotu do Maroka!:)

  2. Świetny post – większość podróżniczych relacji w internecie skupia się na dobrych stronach odwiedzanych miejsc, a Ty napisałaś (i pokazałaś) Maroko obiektywnie. Ja wróciłam niedawno z Egiptu i jestem równie skonfundowana, gdy mam odpowiedzieć na pytanie, jak mi się podobało. Mówię, że była piękna pogoda, a rafy były niesamowite, ale szybko dodaję, co nie było fajne…

    1. Dziekuje!
      No wlasnie sie staralm jakos tak obiektywniej, bo sama szczerze sie rozczarowalam. Masz racje, przewodniki i relacje z podrozy nieczesto pokazuja takze gorsze strony, a szkoda, bo jesli sie odpowiednio przygotujesz ominie Cie szok albo przykra niespodzianka i zwiedzanie wyjdzie lepiej jesli wiesz czego sie spodziewac.
      Egipt poki co nie dla mnie. Moze za jakis czas mi sie odmieni:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s